Dzień XII-XVI: Jugosłowiańska krypa – imprezka w Kuryk – Karakałpacja

 

IMG_1815
Przejazd kolejowy pod Aktau

Po 36 godzinach oczekiwania w piekielnym słońcu, wreszcie dostaliśmy zielone światło do wjazdu na prom Merkury-1 od losowej, nieumundurowanej postaci w porcie w Alacie. Drzemałem sobie w namiocie dachowym, a tymczasem na dole wywiązał się rwetes. „Złaź, szybko, prom odpływa za 10 minut”. Dezinformacja to element dominujący w podbakijskim porcie.  Jako człowiek posiadający podstawową wiedzę o działaniu pograniczników, celników i pracowników obsługi, starałem się ukazać przyjaciołom z Hamburga różnice między biurokracją niemiecką i azerbejdżańską (ściślej mówiąc, poradziecką). Kiwali twierdząco głowami, ale jestem pewien, że nie mieli pojęcia o czym do nich mówię.

Wjazd na prom Merkury-1 wyglądał następująco: kontrola pograniczna, Dariusz wchodzi do kompletnie pijanego Azerbejdżanina, który prosi młodszych kolegów o pomoc. Celnicy nie stwarzają większych problemów. Wjeżdżamy na dolny pokład wraz z Niemcami, a obok nas parkują dwa SUV-y marki Toyota na gruzińskich tablicach (kradzione, pewne info). Wychodzimy z samochodu, dolny pokład się zamyka, na górę wjeżdżają ciężarówki. Dominują „fury” ukraińskie, jest czterech Tadżyków, Turcy. Dziewczyna z Niemiec jest jedyną kobietą na promie, pomijając obsługę Merkurego (Rosjanka i dwie Azerbejdżanki). Na górnym pokładzie czekamy na przydział kajut. Z „kantorka” dostajemy pościel. Otrzymujemy cztery koja na trzech, toaleta jest, ale z prysznica korzystać nie można. Jest tylko wspólny.

Prom Merkury-1, zwany wcześniej „Sowiecka Gruzja” został wyprdukowany w Jugosławii w połowie lat 80. Zapach nieprzepalonego mazutu towarzyszy na każdym kroku. Przechadzając się po promie ma się wrażenie, że zaraz przebiegnie obok nas szczur wielkości małego kota. Uchowały się automaty na marki niemieckie. Większość pomieszczeń świeci pustkami, jedynie stołówka trzy razy dziennie tętni życiem. Klimat jest niepowtarzalny. Podobno na Merkury-2 był podobny, jednak nie dane będzie mi porównać krypy, ponieważ „Sowiecki Tadżykistan” (dawna nazwa) utonął w 2002 roku.

Rejs trwał 24 godziny wraz z rozładunkiem. Wyjechaliśmy z Merkurego jako ostatni. Kazachstańska odprawa celna (wydawało się, że mundurowi mają strajk włoski) przysporzyła sporo nerwów nie tylko nam. Nawet ukraińscy kierowcy przeklinali w sposób niegodny komentarza. Nasi niemieccy towarzysze początkowo chcieli jechać do Uzbekistanu, jednak przeczytawszy rewelacje dotyczące stanu dróg w Karakałpacji, zrezygnowali. Wobec tego pożegnaliśmy ich i pozbawieni ubezpieczenia OC (nie było możliwości zakupu) wyruszyliśmy do Kuryk, małego miasteczka położonego przy porcie. Pierwotny plan przewidywał zakup polisy i jazdę w nocy w kierunku Bejneu i granicy Kazachstanu z Uzbekistanem. Został on jednak szybko zmodyfikowany przez rzeczywistość. W Kuryk zaczepiliśmy przypadkową parę Kazachów, którzy po chwili zastanowienia zaprosili nas do siebie. Dowiedzieliśmy się również, że najbliższa ubezpieczalnia jest w Aktau, 80 km na północ. Chwilę później piliśmy piwo w domu weselnym „Kaspij”, w którym panowała wzniosła atmosfera. Następnie udaliśmy na podwórze do Madiara. Imprezka trwała do późnych godzin nocnych, a koledzy naszego znajomego (którzy dotarli w jej trakcie) robili sobie zdjęcia z naszym wozem.

O poranku nasz kazaski znajomy, pomimo poważnego kaca, ugościł nas śniadaniem. W domu mieszkał wraz z matką, żoną, trójką rodzeństwa oraz dwójką dzieci. Poirytowane całą sytuacją żona oraz matka udały się do pracy, pijany jeszcze brat został z dziećmi, a Madiar pojechał z nami do Aktau, gdzie trzeba było załatwić ubezpieczenie. Straciliśmy sporo czasu, jednak wreszcie udało nam się dopełnić wszelkich formalności i wyruszyć do Bejneu. Przyznać trzeba, że droga nie przysporzyła na wielu przygód, lecz widoki robiły wrażenie. Ciekawostką jest fakt, że trasa wiedzie przez depresję kaspijską, a folkloru dodają dumnie przechadzające się wzdłuż drogi wielbłądy. Im bliżej Bejneu, tym mniej pięknych widoków. Do granicy kazachstańsko-uzbeckiej/karakałpackiej dotarliśmy około 23. Uzbecy próbowali wziąć od nas łapówkę w wysokości 15 dolarów za przyciemniane szyby, ale udało mi się ich przekonać, że wcale nie są zbyt ciemne…

Noc spędziliśmy na parkingu zaraz za granicą. Wcześniej wymieniliśmy 100 dolarów na, bagatela, 900 000 uzbeckich sumów. Nie chciało nam się liczyć tego papieru zważywszy na fakt, że największy nominał jaki otrzymaliśmy opiwewał na 5000. Droga przez Karakałpację jest wymagająca. Od granicy do najbliższej miejscowości – Jasliq – nie ma absolutnie nic. W dodatku nawierzchnia jest w stanie katastrofalnym. Uzbecy w daewoo nexiach z niezliczonymi bagażami na dachach gnają po dziurach niczym w rajdzie Paryż-Dakar. W jedynej „czajchanie” między granicą a Kungradem pijemy herbatę, jednak pani za barem poza szurpą i lagmanem (uzbeckie dania – przyp. W.S.) proponuje nam olej napędowy, którego próżno szukać na stacjach paliw.  Spotykamy tam również Niemca na motocyklu – poznaliśmy go w porcie w Alacie, biedak czekał za promem aż 4 dni. Zszedłszy z potłuczonej Hondy stwierdził, że wraca do Niemiec ze względu na uraz, do którego doszło w wyniku wkręcenia się namiotu w koło zębate…

W wiosce Najman (nazwa sugeruje związki z plemieniem Najmanów) dochodzi do przykrej sytuacji. Na wyboistej drodze dziwnym trafem kamień uderza w naszą aluminiową miskę olejową i robi w niej małą dziurę. Olej wyp się w mgnieniu oka. Prędko gasimy silnik. Chwilowo jesteśmy uziemieni… Na jak długo?


Dodaj komentarz