Dzień VIII-XI: Tbilisi – Dawid Garedża – Mingeczaur – Baku – Alat

SONY DSC

Z Tbilisi wytoczyliśmy się na tyle późno, że nie było najmniejszego sensu jechać do Azerbejdżanu. Zdecydowałem o wizycie w klasztorze Dawid Garedża, który znajduje się tuż przy granicy Gruzji z jej wschodnim sąsiadem. Jazda szła nam wyjątkowo mozolnie i oczywiście wybraliśmy trudniejszą trasę. Normalni ludzie chcący dostać się do Dawid Garedża jadą najpierw do Sagaredżo, a następnie do Udabno, skąd wyboista dróżka wiedzie do klasztoru. My z kolei wybraliśmy się do Rustawi, Jandari i wzdłuż granicy do celu. Minęliśmy przedziwne gruzińskie zabudowania, prawdopodobnie ośrodki treningowe dla armii. Do celu dotarliśmy jeszcze przed zmierzchem, jednak nasz wóz wzbudził popłoch wśród pograniczników, którzy dzielnie (2 osoby) chronili granicy. Jeden z nich z impetem zjechał Land Cruiserem ze wzgórza do głównej drogi i zrobił zdjęcie naszego przedziwnego skądinąd wehikułu. Zatrzymaliśmy się obok klasztoru, a ciekawscy pogranicznicy zadali nam kilka pytań. Stwierdzili również, że nie będzie dla nich problemem jeżeli przenocujemy nad brzegiem małego jeziora, które znajduje się poniżej drogi Sagaredżo-Dawid Garedża. Miejsce na nocleg przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Nikt nam nie przeszkadzał, mieliśmy poczucie bezpieczeństwa oraz niemal absolutną ciszę, przerywaną od czasu do czasu dziwnymi odgłosami z jeziora.

O poranku szybka wizyta w klasztorze Udabno i droga do Azerbejdżanu. Straciliśmy sporo czasu – zamiast wrócić do Rustawi wzdłuż granicy, pojechaliśmy do Sagaredżo, stamtąd do Rustawi i dalej w kierunku przejścia Qırmızı Körpü (Czerwony Most). Pasażerowie przekraczają granicę pieszo, natomiast kierowca walczy o przetrwanie w samochodzie. W Azerbejdżanie pojawiają się lekkie problemy natury organizacyjnej, kilka różnych okienek, pieczątek, celnik wchodzący do namiotu dachowego… Po czterech godzinach udało nam się ruszyć w kierunku miejscowości Qazax, gdzie po raz piewszy dała o sobie znać azerbejdżańska gościnność. Zatrzymaliśmy się przy sklepie z częściami samochodowymi, gdzie zamierzaliśmy kupić klucz nasadowy, którego nie zabraliśmy z Polski, a w razie problemów mógłby nam się przydać. Niestety sprzedawca rozłożył bezradnie ręce. Chwilę później Darek i Bartek siedzieli przy stole i pili czaj z miejscowymi, a ja jechałem Ładą Niwą z 70-letnim „szefem wszystkich szefów” w Qazax. Po 10 minutach miałem już klucz i niezapomnianą przejażdżkę legendarnym wozem z Togliatti za sobą.

Uznaliśmy, że nie ma sensu jechać do Baku i wybraliśmy położony 320 km na zachód od stolicy Mingeczaur. Było już dość późno i uznaliśmy, że przenocujemy nad mingeczaurskim zbiornikiem wodnym, tuż przy plaży. Zatrzymaliśmy się przy sklepie o nazwie „Karabach” w celu zakupu podstawowych produktów na śniadanie. Obok sklepu znajdował się bar. Oczywiście miejscowi nie pozwolili nam odjechać i ugościli nas piwem Xirdalan z beczki oraz fantastycznym azerbejdżańskim przysmakiem – gotowaną cieciorką. Stwierdziliśmy, że nie możemy nocować przed sklepem, jednak szybko znaleźliśmy receptę. Odstawiliśmy samochód na plażę, tam daliśmy ochroniarzowi 5 manatów, a po chwili siedzieliśmy w Ładzie i wracaliśmy do baru, gdzie czekał Panah wraz ze swoją ekipą budowlaną. Rozmowa z naszym nowym znajomym wzbudzała ogólne poruszenie wśród gości w barze, nie obyło się oczywiście bez stolicznej. Uśmialiśmy się gdy do baru wstąpił wyżej wymieniony stróż, który miał pilnować auta. Zapewnił jednak, że jest w 100% bezpieczne. Panah za wszelką cenę chciał obdarować nas kompotami. Wobec tego z baru wyruszyliśmy „kopiejką” w kierunku samochodu, Panah wstąpił do domu po słoiki, a następnie dołączył do nas na plaży. Najwytrwalszy zawodnik, który towarzyszył nam do końca imprezki wniósł tego dnia 150 worków z cementem na czwarte piętro na budowie, zatem czapki z głów za zaangażowanie.

O poranku szybka kąpiel w zbiorniku mingeczaurskim, śniadanie pod molo, które nie widziało wody od kilku lat. Przed wyjazdem z Mingeczauru złożyliśmy jeszcze wizytę u lokalnego spawacza – Paszy – którego syn wyjeżdża do pracy do Wrocławia. Pasza wraz ze swoją rodziną musiał uciekać z terenów przylegających do Górskiego Karabachu. Wybudował dom w Mingeczaurze, jednak cały czas zarabia zbyt mało by go wykończyć. Podczas naszych odwiedzin spawał uchwyty do linii wysokiego napięcia. Na każdym zarabia 1,5 dolara. Jeśli mam być szczery, jestem pełen podziwu. Poznaliśmy kolejnych przesympatycznych ludzi, którzy również obdarowali nas kompotem oraz samogonem. Droga do Baku nie przyniosła specjalnych wrażeń. Wieczorem stanęliśmy przed pewnego rodzaju dylematem:

Po pierwsze, chcieliśmy płynąć promem do Turkmenbaszy, ale nie mieliśmy wizy.
Po drugie, wobec braku ww. wizy, pomyśleliśmy o przejeździe przez Dagestan do Kazachstanu, lecz nie posiadaliśmy wizy do Rosji.

Wobec tego uznaliśmy, że należy odwiedzić ambasadę Turkmenistanu oraz Rosji. Zarówno w pierwszej, jak i drugiej zostaliśmy odprawieni z kwitkiem. Wybór mógł być tylko jeden – powrót do pierwotnej koncepcji i prom do Aktau w Kazachstanie. W momencie pisania tych słów siedzimy w porcie od 13 godzin. Organizacja jest tu kuriozalna. Znalezienie kontenera, w którym sprzedawane są bilety graniczy z cudem. Pytanie o zakup biletu kwitowane jest odpowiedzią „przyjdźcie za godzinę”. Prawdziwy czeski film. Niestety, nie mamy szczęścia i pierwszy prom odpływa bez nas, zabierając Olafa (autostopowicza z Poznania), Belgów na rowerach oraz grupkę Francuzów (wymieniam ludzi, z którymi udało mi się zamienić kilka słów). Odpływają również nowi znajomi z Ałmaty, serdecznie zapraszając nas do Kazachstanu. Ostatecznie zostajemy na parkingu w porcie wraz z parą z Niemiec, płacimy za bilety na prom, jednak ich nie otrzymujemy. „Przyjdźcie jutro, nie ma się co spieszyć” – twierdzi kasjer. Czy nasza cierpliwość zostanie wynagrodzona?


Dodaj komentarz