
Jak napisać krótki tekst o przejeździe z Budapesztu do Stambułu, by twoi czytelnicy nie zanudzili się przed ekranem smartfona? Chyba nie posiadam takiej wiedzy. Z drugiej strony, co mnie jako prostego człowieka, niebędącego influłenserem, interesuje czy kogoś nie zanudzam? Przecież nie jestem ani Krzysztofem Hołowczycem, ani tym bardziej znanym youtuberem Zacharem OFF który wozi się Mercedesem 560 SEC, którego sprowadziłem wraz z Dariuszem ze Szwajcarii. Jaka jest różnica między mną a Zacharem OFF? Zachar OFF nakręcił 17,5h filmów o rzeczonym Mercedesie SEC, a ja nie pisałem blogów od 4 lat. Ale gdybym nie sprowadził tego SEC-a ze Szwajcarii to pewnie Zachar OFF kupiłby Fiata Mirafiori. Czyli jednak POŚREDNIO jestem influłenserem.
Skoro zatem znany polski influłenser (przepraszam, tak mi się spodobało to słowo, że nie mogę się powstrzymać) może kręcić wielogodzinne filmy o samochodzie, to ja też mogę parę słów napisać. Postaram się zrobić to w taki sposób, by zainteresować moje drogie czytelniczki, których poza moją wspaniałą mamą jest pewnie z 6-8. Nie będę zagłębiał się w szczegóły techniczne, ponieważ nie jestem Zacharem OFF ma na to czasu, ale wreszcie, po wielu latach oczekiwań, G-klasa doczekała się prysznica na ciepłą wodę z prawdziwego znaczenia. Nie jesteśmy oczywiście pionierami, jednak tym razem wreszcie mamy profesjonalny „DUSZ”. Temat wygląda następująco: na dachu znajduje się 50-litrowy aluminiowy zbiornik na wodę. Pod tylnym zderzakiem zainstalowano pompę wodną na 12V. Jest ona połączona ze zbiornikiem oraz z wymiennikiem ciepła, który znajduje się pod maską. Do wymiennika (dodam tylko, że pochodzi on z pieca) podłączony jest przewód z nagrzewnicy. Po uruchomieniu silnika załączamy pompę i po kilku minutach woda w zbiorniku osiąga 35 stopni. Oczywiście dla bardziej wymagających może być nawet 45. Albo 80. Od góry zamontowany jest aluminiowy korek, który przed kilkoma laty odzyskaliśmy z harcerskiego bukłaka. Pełni on jednocześnie funkcję odpowietrznika, a po jego odkręceniu włożyć do zbiornika można zestaw prysznicowy za 118 zł, który na początku trochę nas poirytował (wtyczka do gniazda zapalniczki rozsypała się jeszcze przed pierwszym użyciem), jednak w praktyce zadziałał gez zarzutu. Dodam tylko, że kąpiemy się w przedsionku z decathlona, który nie jest doskonały, ale w przyszłości zastąpimy go jakąś kabiną własnej produkcji. Jak dotąd jednak jesteśmy zachwyceni prysznicem.
Co zatem wydarzyło się po wyjeździe z budapeszteńskiego kempingu? Im dalej na południe, robiło się coraz goręcej. Im bliżej do Serbii, tym bardziej chodziło mi po głowie by jednak wybrać się na festiwal w Guczy, jednak ostatecznie idea jak najszybszego dotarcia do Gruzji, a następnie do Azji Centralnej, okazała się celem nadrzędnym. Granicę węgiersko-turecką przekroczyliśmy bez kolejki, choć w drugą stronę – chętnych do wjazdu do Schengen było co najmniej kilka kilometrów. O przejeździe przez Serbię powiedzieć można tyle, że nastąpił. Z ciekawszych rzeczy można wspomnieć, że na obiad w Belgradzie wybraliśmy się do legendarnej speluny o nazwie „Banija Lux”, gdzie kelner o imieniu Darko, zapytany o to dlaczego pali w lokalu (i dlaczego w ogóle można palić) odpowiedział, że Serbia to miss Europy i jej wszystko można, i że w zasadzie to czemu jeszcze nie wziąłem sobie Serbki za żonę. W sumie to nie wiem dlaczego, ale może kiedyś się skuszę.
Z Belgradu udaliśmy się do Niszu, cały czas jadąc autostradą. Nudy jak cholera poza tym, że Dariuszowi włączyły się wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to Jugosłowianie w latach 80. zapraszali Polaków przyrządzających sobie herbatę „na rowie” na biesiady do domu zakrapiane rakiją. Autostrada z Belgradu skończyła się za Niszem, a następnie przepoczwarzyła się w wąską, krętą i niebezpieczną drogę. Księżyc oświetlał okalające drogę góry, które z pewnością wyglądają fenomenalnie, lecz nie dane nam było je podziwiać. „Szoferi kamionów” (kierowcy ciężarówek – przyp. W.S.) wlekli się dość wolno, lecz bezpiecznie. W przeciwieństwie do lokalnych kierowców, którzy wyprzedzając „na trzeciego” doprowadzali nas do szaleństwa. Wreszcie, ku naszemu zdziwieniu, wąska drążka w końcu przekształciła się w autostradę z nienagannymi tulelami, aż wreszcie doprowadziła nas do granicy z Bułgarią.
Na przejściu troszkę sobie poczekaliśmy, dodać należy że cwaniactwo nie zawsze popłaca, bo ominąwszy 1/3 kolejki z prawej strony staraliśmy się ubłagać jakiegoś Austro-Turka o wpuszczenie nas przed swoje przepiękne BMW e39. Pozostał niewzruszony, jak więkoszość podróżnych. Wreszcie jednak dojechaliśmy do piekielnej Bułgarii, która przywitała nas niedziałającym winietomatem, a następnie drogą wybudowaną przez Turków Osmańskich. Na odcinku od granicy do Sofii coś zaczęło dudnić w samochodzie, a w celu sprawdzenia zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, obok której znajdował się parking TIR. W czasie rutynowej weryfikacji momentu dokręcenia łożysk przednich kół, co czeka wszystkich posiadaczy Mercedesa klasy G typ w460 po 30 latach od daty produkcji (nasza Gelenda skończy 30 lat za 2 tygodnie), braliśmy pod uwagę nawet nocleg na parkingu TIR. Po chwili jednak okazało się, że z czerwonego Renault Scenic pozbawionego kół bieżnych, stojącego obok zdewastowanej, opuszczonej budki dla stróża, wychodzą młoda dziewczyna o romskich rysach oraz kierowca TIR-a podobny do Ludwika Benoit, zdecydowaliśmy wspólnie, że jedziemy do Sofii. Po drodze odcięło mi prąd, jednak na przedmieściach stolicy Bułgarii okazało się, że o miejsce na nocleg będzie bardzo trudno. Poza burdelami i kasynami, suburbia (znowu piszę jak influłenser) miały do zaoferowania jedynie niewidzialne progi zwalniające. Dariusz nie przebierał w słowach komentując bułgarską stolicę, a ostatecznie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg wyjechaliśmy w kierunku Łowecza. Wobec braku alternatyw przenocowaliśmy „na rowie”, nikt nas nie poćwiartował, rano wzięliśmy prysznic i ogólnie było wszystko za friko. Uroczo.
Z Sofii w totalnym piekle pojechaliśmy do Stambułu. Droga do granicy bez absolutnie żadnej historii, ale po stronie tureckiej już zrobiło się dość śmiesznie. W kolecje same beemki, mercedesy, audi i porsche na niemieckich blachach, ale wewnątrz rysy niezbyt aryjskie. W strefie bezcłowej kupiliśmy dwie flaszki, zmieniliśmy dolary na liry i zapragnęliśmy zakupić turecką kartę SIM. Okazało się jednak, że obcokrajowcy w Turcji mogą ją nabyć dopiero po 48 godzinach pobytu (bez sensu?). Na szczęście w Edirne lekko podchmielony gość ożenił nam kartę SIM, choć tanio nie było. Ale paszportu nie sprawdzał. Jako ciekawostę dodam, że chciałem nabyć kartę do poboru opłat na autostradzie (umieszcza się ją za szybą, Turcy wyprzedzili Kulczyka już z 8 lat temu, kiedy to z Dariuszem jechaliśmy Mercedesem w114 wokół Morza Czrnego), ale ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu okazało się, że z powodu święta ofiarowania – Kurban Bajram – zamknięte są punkty, w których rzeczone karty się sprzedaje. Spotkani Turcy powiedzieli, że w Kurban Bajram możemy sobie jeździć po Turcji ile wlezie i nie uiszczać żadnych opłat z drogi.
Z Edirne udaliśmy się do Stambułu, gdzie wylądowaliśmy w miejscu wręcz dla nas stworzonym – położonym przy Kennedy Caddesi parkingu dla kamperów, miejscu niezbyt dobrze znanym (lecz położonym 15 minut drogi na piechotę od Sultanahmet), gdzie stało raptem kilka wozów – z Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Słowenii. Obok znajdowało się boisko do piłki nożnej, gdzie krewcy Turcy walczyli zacięcie o każdy centymetr sztucznej murawy. Szybki prysznic w zgrzybiałej umywalni i następnie szybka ewakuacja do miasta – oczywiście wizyta w tureckiej spelunie. Lokal İkizler Pilav & Dürüm Evi, co najwspanialsze, odwiedziliśmy ostatnio w 2015 roku przy okazji naszej wyprawy do Iranu. Po 4 latach istnieje nadal, a jedzenie wciąż jest przepyszne. Za 3 fantastyczne potrawy wraz z ayranem zapłaciliśmy jakieś 30 zł. Co najistotniejsze, knajpa sąsiaduje z lokalami dla typowych turystów, gdzie jest zdecydowanie drożej i nie jest to już ten sam klimat. Po rewelacyjnym jedzeniu przechadzka po Sultanahmet, rzut oka na Hagia Sophię i powrót na kemping, który w zasadzie ze względu na drut kolczasty na płocie przypomina spacerniak w więzieniu. Gdyby się głębiej zastanowić to powinniśmy skończyć w miejscu odosobnienia. Za kilka dni może się okazać, że będzie ono pozbawione klamek…